Wydaję, co lubię - wywiad z Anitą Musioł

2020-11-10

Anita Musioł, założycielka wydawnictwa Pauza - to branżowy weteran. W jej karierze nie zabrakło stanowisk dyrektorskich, nasza bohaterka jednak postanowiła zejśc z tylko pozornie bezpiecznej pracy na etacie, by rozwijać karierę niezależnie, bo na własny rachunek. Anita postawnowiła założyć własne wydawnictwo. Jak potoczyły sie jej ścieżki, czy decyzja dojrzewała w niej od dawna, a może okazała się spontanicznym wyborem? Przeczytajcie wywiad!

Jak narodziła się Pauza?

W biznesie wydawniczym pracuję od 20 lat i przez większość tego czasu myślałam o tym, że fajnie byłoby kiedyś mieć swoje wydawnictwo, ale była to myśl czysto hipotetyczna. Stało się jednak tak, że dwukrotnie, najpierw w Świecie Książki, potem w GWF, na skutek zmian właścicielskich wymieniono zespół, w tym mnie. Wtedy pomyślałam, że zamiast po raz kolejny budować wszystko od nowa, zacznę w końcu pracować na własny rachunek. Mój syn był już wtedy w miarę odchowany, i uznałam, że to jest właściwy moment, żeby zaryzykować. Tak we wrześniu 2017 r. założyłam Pauzę.

Miała Pani jakieś obawy na początku?

Całe mnóstwo. Jednak wydawanie własnych pieniędzy wygląda trochę inaczej niż cudzych. Kiedy inwestuje się kilkadziesiąt tysięcy w druk książki, poziom odpowiedzialności rośnie. A kiedy wszystkie decyzje podejmuje się samej, bo do dziś nad Pauzą pracuję tylko ja, ewentualna wina za niepowodzenie spada wyłącznie na mnie. Są też plusy samodzielnego decydowania, kiedy na przykład  sama muszę wybrać okładkę. Czasem rozmawiam o okładkach z zaprzyjaźnionymi osobami z branży, które się na tym znają, ale to nie to samo – odpowiedzialność za dobrą lub złą decyzję leży tylko po mojej stronie.

Jaki był pomysł na wydawnictwo?

Chciałam wydawać zagraniczną prozę nagradzaną, spójną wizerunkowo. Pomysł na graficzne okładki utrwalił się z czasem i teraz jest jednym z moich znaków rozpoznawczych. W przyszłości nie wykluczam zdjęć na okładce, ale może powstanie w tym celu jakaś odrębna seria. Zdarza się też, że zachowuję oryginalne okładki, bo tak dobrze pasują, że nie ma sensu szukać zamienników. Tak było w przypadku „Nocnego promu do Tangeru” Kevina Barry’ego, czy „Linii” Elise Karlsson. Po 25 wydanych książkach można powiedzieć, że ludzie czasem rozpoznają okładki Pauzy po spójnej estetyce.

Jaką branżą jest branża wydawnicza w Polsce?

Jest raczej kameralnie, kilka głównych wydawnictw i paru dużych hurtowników. Pracują w niej wciąż ci sami ludzie, w działach sprzedaży, agencjach literackich, drukarniach. Niektóre znajomości pochodzą jeszcze z czasów mojej pierwszej pracy w Empiku zaraz po studiach, więc to są bardzo długie historie.

Czy to znaczy, że w branży jest miło i rodzinnie? 

Dyplomatycznie odpowiem, że ponieważ wszyscy się znają, to ludzie powinni mieć większą świadomość tego, że jak ktoś się nieelegancko zachowa, to wiedza o tym obiegnie wszystkich w szybkim tempie. A różnie z tym bywa... Notorycznie zdarzają się próby podkupienia sobie przez wydawnictwa autorów, szczególnie tych polskich. Lojalność pisarzy w stosunku do wydawcy też bywa mała. Niestety czasem się zdarza, że pisarze nie mają poczucia wdzięczności, że ktoś ich wykreował czy zainwestował w ich talent, szukają po prostu wydawcy, który w danym momencie więcej zapłaci. Zdarza się, że więksi wydawcy podkupują twórcę, gdy już ktoś inny, często mniejszy, zrobił z niego gwiazdę. Ja sama mam już za sobą próbę podkupienia jednej z autorek, choć na szczęście nieudaną. Są oczywiście różne sytuacje życiowe i ktoś faktycznie może potrzebować pieniędzy, różnie bywa, natomiast uważam, że w takiej sytuacji trzeba grać w otwarte karty, a nie potajemnie chodzić po mieście szukając lepszego kontraktu, nadal będąc związanym poprzednią umową. Poszukiwania wysokich zaliczek za nową książkę też często okazują się nieudane, ponieważ jeśli ktoś zna tę branżę, to dobrze wie, jak sprzedają się książki danego autora.

Pani jednak nie wydaje polskich autorów.

Nie robię tego, ponieważ praca nad procesem powstawania książki od zera wymaga ogromnej inwestycji – przede wszystkim czasu, a bywa też, że pieniędzy. Zdarza się, że z 500-stronicowego materiału robi się 250, pisze się go od nowa i jeszcze zmienia zakończenie. Ja skupiam się na przekładach, co od samego początku komunikuję to wszędzie, gdzie mogę, ale i tak dostaję po 10 polskich propozycji wydawniczych tygodniowo. Głównie debiutów, ale zdarzają się też znani autorzy szukający nowego wydawcy. Mnóstwo ludzi próbuje się przebić i zazwyczaj mają przekonanie, że napisali fantastyczną książkę. Pracując sama, nie byłabym w stanie nawet tego wszystkiego przeczytać, a co dopiero wybrać, poświęcić miesiące na prace z autorem nad tekstem...

Skąd u ludzi taki zapał do bycia pisarzem?

To jakiś społeczny fenomen, bo pisarzem nie zostaje się dla pieniędzy. Ludzie wierzą, że to właśnie oni będą nowym Mrozem czy Miłoszewskim i zarobią miliony, ale nie znają realiów. Pokutuje taki romantyczny obraz pisarza spędzającego dni w kawiarni z latte i laptopem. Życie żadnego „mojego” pisarza tak nie wygląda.

A jak wygląda życie pisarzy? 

Wielu z nich, poza tym, że tworzą, wykłada na uniwersytetach albo daje gościnne wykłady. Część czasu poświęca się wyjazdom i promocji, ale zależy to od tego, w ilu krajach zagranicą jest się wydawanym. Np. David Vann jest bardzo popularny we Francji i ma tam regularne spotkania autorskie, pisarze popularni w Stanach robią trasy promocyjne liczące tysiące kilometrów przy okazji nowej książki, a Ci, których ja wydaję, często trafiają do nas kiedy mają zastój medialny w swoich krajach lub są pomiędzy książkami, bo jednak zazwyczaj przekład polski pojawia się z lekkim poślizgiem.

Czy to sa ludzie tacy jak my? Pytam, bo niewiele z nas poznało osobiście jakiegoś pisarza...

Tak, z tym, że są to ludzie zwykle bardzo introwertyczni, oraz egocentryczni. Mają dzieci i swoją codzienność, jak i my, ale mają również szerszy ogląd całości. Często bardzo interesują się światem, bardziej się nim przejmują, uważniej obserwują przeróżne zjawiska, czasem nawet ze względu na ich ewentualną przydatność do późniejszej pracy.

Jak się pozyskuje autora?

Znajduje się książkę, potem składa ofertę agentowi. On patrzy nie tylko na cenę czy samą propozycję wydawniczą, ale także na profil wydawnictwa, inne wydane książki, nazwiska które ma się u siebie. Mnie zdarza się już, że pisarze sami polecają mi kogoś, kto byłby idealny do mojego profilu.

Pani ma chyba szczęście do poleceń, bo wydaje mi się, że wiele osób wspiera Pauzę i kibicuje jej otwarcie. 

Cieszę się, że jak ktoś kupi jedną książkę ode mnie, to zazwyczaj kupuje kolejną. Nawet jeśli mu się ta pozycja nie podobała, to i tak nie zniechęca się do kolejnego zakupu. Być może to jest nagroda za moje konsekwentne wybory literackie, bo nie inwestowałam nigdy w reklamę. Wydaję takie książki, jakie mnie się podobają i jeżeli ktoś ma podobny gust, to jest spora szansa, że te pozycje będą dla niego ciekawe. Zobaczymy czy to się nie zmieni, gdy jesienią wydam pierwszą post-apokaliptyczną książkę, zupełnie inną od wszystkiego, co proponowałam do tej pory. Może dzięki temu pojawią się nowi czytelnicy, którzy wcześniej do Pauzy nie trafili.

 

Niedawno odkryłam, że jest cała masa ludzi, którzy nie zawodowo a hobbystycznie zajmują się książkami. Blogerów literackich, instagramerów. Łatwo się tych ludzi przekonuje do recenzowania książek Pauzy?

Ja regularnie współpracuję z ok. 25 blogerami, m.in z Pauliną Małochleb z Książki na ostro, Olgą Wróbel z Kurzojadów, Marcinem Wilkiem z Wyliczanki, Wojtkiem Szotem ze Zdaniem Szota, czy Jarosławem Czechowiczem z Krytycznym okiem, ale tych osób zajmujących się literaturą jest o wiele więcej, prawdopodobnie setki. W moim przypadku zadziałał marketing szeptany, ludzie polecali sobie moje tytuły i zaczęło to zataczać coraz szersze kręgi.

W czasie pandemii ludzie czytali więcej?

Nie zauważyłam, nie było jakichś wielkich wahnięć, co prawda ja nie miałam nigdy ogromnych sprzedaży w Empiku, więc ich zamknięcie nie wprowadziło u mnie zastoju. W tym czasie ruszyłam zresztą ze swoim sklepem internetowym Pauzy, i z apelem, żeby pominąć tych wszystkich pośredników i hurtownie, które nie zawsze realizują swoje zobowiązania finansowe wobec małych wydawców. Prawda jest taka, że ja nie tylko martwię się o to, czy książka się sprzeda, ale też o to, czy dostanę za nią potem pieniądze... Stąd próba przesunięcia części obrotów na sprzedaż bezpośrednią. Potem do książek papierowych dołączyłam też e-booki, które ładnie się sprzedają.

Myśli pani, że rynek wydawniczy zmieni sie jakoś przez Covid-19?

Na razie tego nie zaobserwowałam. Był chwilowy wzrost sprzedaży e-booków, ale jednak papierowa książka wciąż wygrywa. Jeżdżę czasem komunikacją miejską i obserwuję ludzi. Niewielu z nich czyta, a jeśli już, to raczej literaturę komercyjną. Niektórzy szydzą z tego, ale dla mnie liczy się, że ktoś w ogóle czyta. Nie lubię wyższościowego podejścia do czytelników romansów czy kryminałów, bo trzeba zrozumieć, że czasem ludzie są zmęczeni pracą i codziennością, chcą po prostu oderwać się od rzeczywistości przy wartkiej akcji. Czasem nawet moje bliskie koleżanki mówią, że książki, które wydaję, wymagają większego skupienia i są ciężkie, a one czasem nie mają już na to siły. Nie ma nic dziwnego w tym, że większość ludzi jednak zamiast festiwalu kina ambitnego w Muranowie, pójdzie na nowego Bonda dla rozrywki, tak wygląda świat. Z książkami jest podobnie.

A ile Pani czyta? 

Bardzo dużo, ale niestety czytam prawie tylko „zawodowo”, nie mam czasu na nic więcej. Niedawno rozmawiałam z inną wydawczynią i zastanawiałyśmy się, czy my w ogóle możemy jeszcze czytać niezawodowo. W zasadzie każdą książkę czytam pod kątem pracy: albo zamierzam ją wydać, albo czytam, bo została wydana i wypada ją znać, żeby być na bieżąco w rozmowach z autorami czy blogerami. Muszę znać ofertę innych wydawnictw, nowe nazwiska, sprawdzam też jak książka została wydana, zredagowana - bo może znajdę kogoś fajnego do współpracy. Nie ma od tego ucieczki.

Zabija to przyjemność czytania? 

Jak jest za dużo i czytam „na akord”, tak. Bywa, że pojawia się książka, którą można kupić na polski rynek i decyzję muszę podjąć w ciągu dwóch dni - wtedy trzeba działać szybko. Nie zarywam nocy, ale to się dzieje kosztem innych rzeczy: odpoczynku, innej, czasem równie ważnej pracy, życia towarzyskiego czy – niestety – życia rodzinnego. 

Cieszy się Pani jeszcze, jak dostaje książkę na urodziny?

To jest zawsze udany prezent, ale gdy jest w moim guście, a dostrzegam, że z wiekiem stałam się bardziej krytyczna i chyba mniej we mnie ciekawości. Jak zawsze jesienią jest wysyp nowych powieści autorów, na których kiedyś czekałam, a dziś nie mogę oprzeć się znużeniu, poczuciu, że znowu będzie więcej do „przerobienia”. Poczekam, aż przeczyta je kilka osób, którym ufam i dopiero wtedy podejmę decyzję czy i ja poświęcę czas na kolejne „odkrycie literackie” . Na pewno czekam na nową Tokarczuk czy Wiolę Grzegorzewską, którą kiedyś wydawałam i której kibicuję.

Wraca Pani jeszcze czasem do klasyki, czy słynnych książek sprzed lat?

Trochę się boję, że runą moje ideały z młodości. Ostatnio nie odważyłam się ponownie sięgnąć po „Sto lat samotności” Marqueza, może po prostu pewne rzeczy muszą pozostać w przeszłości. Wiele osób mówiło, że po latach „Bój rzeczy małych” Arundhati Roy to już nie to samo, a ja wolę tego nie sprawdzać. Chociaż niedawno wróciłam do pierwszych książek Olgi Tokarczuk i one przetrwały próbę czasu, a nawet w niektórych przypadkach podobają mi się bardziej niż lata temu.

Nie żałowała Pani nigdy "przejścia na swoje"?

Nie, chociaż na początku budziłam się w nocy i przypominało mi się wszystko, czego nie zrobiłam, albo z czym się nie wyrabiam. To jest dla mnie wciąż duże obciążenie psychiczne, ale teraz, po prawie trzech latach, już mogę powiedzieć, że udało się. Jakoś poszło, oby tak dalej!

 

Książki polecane przez panią Anitę na rozpoczęcie przygody z Pauzą:

1. Elise Karlsson, „Linia”

2. Linda Boström Knausgård, „Witajcie w Ameryce”

3. Manon Steffan Ros, „Niebieska księga z Nebo” - premiera 30 października

Zdjęcia autorstwa: Artur Wesołowski

Wywiad przeprowadziła Magdalena Kacalak, właścielka PLANT.IT


Share

Menu