Porozmawiajmy o nas: Emilia z Zensitive

2021-01-13

Emilia Iwaniuk-Rychłowska, 40 lat - wieloletnia instruktorka jogi, organizatorka jogowych wyjazdów. Założycielka Zensitive – miejsca, w którym łączy nauczanie jogi z masażem Zen Shiatsu - mającego swe źródło w kulturze Japonii. Praktykuje japońskie łucznictwo Kyudo.

 

Jak pojawiła się joga w Twoim życiu?

Mija 12 lat, odkąd zajęłam się jogą. Wcześniej pracowałam w korporacji i miałam wszystkie typowe dolegliwości związane z pracą siedzącą i stresem: bóle pleców, szyjnego odcinka kręgosłupa, napięcia mięśni. Na jogę zaprowadziła mnie koleżanka i przepadłam od razu. Moment relaksu po pierwszej skończonej praktyce pamiętam bardzo dobrze. Wszystko mnie bolało, czułam każdy mięsień, ale też totalną integrację w sobie. Pojawiały się jakieś nowe emocje, które dawno w sobie pogrzebałam, zapominając, że nie da się przecież odciąć głowy od ciała. W japońskm języku jest taki znak / kanji - kokoro, który oznacza umysł, serce i duszę. Bardzo lubię tę koncepcję. Joga też sprowadza nas właśnie do tego punktu, pokazuje, że jesteśmy kompletną całością, gdzie nie ma podziału na umysł i serce.

 

Od jakiej jogi zaczynałaś ?

Od ashtangi, która jest bardzo wymagającą i energetyczną formą praktyki, opartą na doskonaleniu pozycji w seriach, zawsze w ten sam sposób i w określonej kolejności. Z czasem zrobiłam kurs nauczycielski i zostałam instruktorką. Po jakimś czasie, moja praktyka zaczęła łagodnieć, uspokajać się, modyfikowałam tę raz ustaloną formułę. Doszłam do wniosku, że jedna określona forma jogi nie może się sprawdzać dla wszystkich, każdy z nas jest inny - mamy różne ciała i potrzeby. Dziś dalej praktykuję codziennie, ale nie narzucam już sobie restrykcji, czasem po prostu roluję się na macie, rozciągam, albo tylko oddycham.

 

Niewiele osób wie, że „poważne” praktykowanie jogi, to w gruncie rzeczy niezwykły reżim dnia codziennego, i bardzo wymagające treningi.

Joga to może być też ciężka praca. Fajnie, że ktoś potrafi się tak temu oddać, być konsekwentny. Warto jednak umieć słuchać swojego ciała, a nie za wszelką cenę forsować coś na nim. Nie da się wszystkiego robić codziennie z taką samą intensywnością, nie tylko w jodze. Do tego same chętnie sobie dokopujemy, rozpamiętując to, czego nam się nie udało zrobić, a co nam poszło gorzej. A co z tego? Świat się nie zawali. Mądra joga i obserwacja siebie uczą spokoju i zdjęcia z siebie ciśnienia.

 

Ludzie przychodzą na jogę po przemyślenia duchowe?

Nie sądzę, na początku liczy się raczej aspekt cielesny, tak było ze mną. Pociągało mnie jednak to, że stoi za tym jakaś filozofia, że jest to również ścieżka rozwoju duchowego. Nie ma nic złego w dbaniu po prostu o ciało, ale w pewnym momencie środek ciężkości przeniósł się na pracę z koncentracją, oddechem, uważnością na siebie. Taka zmiana w głowie zachodzi pod wpływem pracy z ciałem. Chcesz popracować nad swoim kręgosłupem, a nagle orientujesz się, że zaczynasz być po tych zajęciach spokojniejsza, głębiej oddychać.

 

Jak ważna jest osoba instruktora, który Cię prowadzi?

Na początku jest kluczowa, bo jeśli inspiruje cię dany człowiek, o wiele łatwiej jest zdecydować się na pogłębienie swojej relacji z jogą. Wtedy wiesz, że na sali czeka cię coś dobrego, w końcu zaczynasz dobrze czuć się we własnym ciele, stajesz się bardziej wyrozumiała wobec siebie, mniej krytyczna także wobec innych. Poszerza się odczuwanie i wrażliwość na coś innego, nowego w życiu. Można też zaryzykować, że jest to ścieżka, która uczy akceptacji i tolerancji wobec świata.

 

Jak zmieniła się praktyka w dobie pandemii?

Początkowo wzbraniałam się przed prowadzeniem zajęć online, ale dziewczyny potrzebowały tych spotkań. Mam zamknięte grupy o stałym składzie i one w całości przeniosły się na Zooma, dzięki czemu mogło dołączyć nawet więcej osób niż normalnie zmieści się na sali. Fajne jest to, że zyskuje się w ten sposób poczucie większej przestrzeni; nie ma porównań, łatwiej skupić się na sobie. Jeśli masz możliwość ćwiczenia w domu, to jest to też wielka oszczędność czasu. Ginie niestety bezpośredni kontakt z człowiekiem, brakuje przepływu energii. Zwykłe rozmowy przed czy po zajęciach dają poczucie wspólnoty, którego online nie zastąpi w takim stopniu. W grupie funkcjonują osoby o różnych zawodach, wieku czy statusie, wszyscy potrafią być razem i czuć się w tym dobrze.

 

Stąd wziął się pomysł na weekendowe wyjazdy z jogą, żeby móc te spotkania po zajęciach przedłużyć?

Dzięki temu możemy wyłączyć się z naszych obowiązków i przenieść się na trochę do innego świata. Dzień zaczynamy zawsze jogą, potem jest śniadanie, pogaduszki, książka, gry, jezioro - dużo spacerów, obserwowania natury, rozmów. Mamy jakiś ustalony harmonogram, to porządkuje rzeczywistość, ale poza tym jest dużo czasu wolnego i każdy decyduje w jaki sposób go spędza. To fajny, leniwy czas, który pozwala się zregenerować, naładować akumulatory. Zwykle mieszkamy w zaprzyjaźnionych, kameralnych miejscach prowadzonych przez fajnych ludzi, jest wege kuchnia i cały obiekt zarezerwowany dla nas.

 

Kontakt z naturą jest nam teraz szczególnie potrzebny?

Mamy zwiększoną potrzebę odcięcia się od bodźców. Widzę to po sobie i ludziach, którzy ze mną jeżdżą. To już nie jest poszukiwanie wi-fi, tylko chęć, żeby tego internetu nie było. Wreszcie nie trzeba nadążać, być w nieustannym kontakcie ze wszystkimi i śledzić newsów. Niestety, obecność w miejskiej przestrzeni wiąże się z tym, że jesteśmy nieustannie w gotowości. To permanentny stan alertu. Dużo trudniej się wtedy wyciszyć i na spokojnie pomyśleć. Takie wyjazdy są jak detoks. Pokazują, jak niewiele jest nam potrzebne do dobrego samopoczucia. Wyspać się, zjeść, mieć dach nad głową i wspierających ludzi obok.

 

Przewartościowaliśmy swoje priorytety?

Tak, nagle wszyscy znaleźli się w domu sami ze sobą, mieli czas przyjrzeć się swojemu życiu i relacjom, które mają z ludźmi, z partnerami. Odarli się z tych wszystkich niezbędnych spotkań, zakupów, pośpiechu. Gdy po kolei zabierano nam wszystkie aktywności, zaczęliśmy odkrywać to, co znajduje się najbliżej nas. Wszyscy postawili na kontakt z drugim człowiekiem i na poczucie bezpieczeństwa.

 

A Ty jako osoba żyjąca bardzo tu i teraz, masz problem z tym, że aby funkcjonować zawodowo, musisz być nieustannie obecna w social mediach??

Będąc online, łatwo wkręcić się w porównywanie z innymi, w przekonanie, że trzeba być widoczną i aktywną. Przyszedł taki moment, że miałam poczucie komplentego przebodźcowania i musiałam zrobić sobie detoks od tego wszystkiego, co jest w sieci. Jak sobie człowiek przeliczy, ile stron książki może przeczytać w ciągu takiej godziny spędzonej online, to potem widzi, gdzie się podziewa jego czas wolny. Niestety, zawodowo nie da się dziś funkcjonować bez tej obecności medialnej, ale trzeba też dawać sobie luz. Albo się jest świetnym w Instagrama, albo w to, co się robi zawodowo; czasem trudno to połączyć.

 

Skąd wzięło się shiatsu w twoim życiu?

Pierwsza była fascynacja kulturą Japonii, która jest mi bliska ze względu na harmonię, estetykę i szczególny kontakt z naturą. W jednej ze szkół jogowych był kiedyś pokaz tego masażu; podobała mi się ta uważna praca z ciałem i człowiekiem. W pewnym momencie poczułam, że znalazłam brakujący element, który może być idealnym uzupełnieniem mojej praktyki nauczycielskiej i doskonałym sposobem na rozwijanie zmysłu czucia i dotyku. Już czwarty rok uczę się w European Shiatsu School i przygotowuję się do bycia terapeutką, czyli osobą która nie tylko masuje, ale potrafi też diagnozować i dobrać zabieg w zależności od dolegliwości, z którą przychodzi dana osoba. Shiatsu łączy bowiem dwa światy, czerpie wiedzę z Tradycyjnej Medycyny Chińskiej i z medycyny Zachodu, to holistyczne podejście do człowieka. Na początku spotkania przeprowadzam wywiad, ustalamy potrzeby i m.in. na tej podstawie dobieram zabieg. Z każdym pracuję inaczej, a moją główną rolą jest przywrócenie równowagi w ciele osoby masowanej. Masaż odbywa się na futonie – specjalnej macie rozłożonej na podłodze, a masowana osoba pozostaje w ubraniu, co może dawać większe poczucie komfortu. Już pojedyncze spotkanie może dać dużą ulgę, choć oczywiście dopiero w serii możemy poradzić sobie z jakimś problemem długofalowo.

 

Czy masaż może dawać ukojenie osobom czującym odizolowanie z powodu pandemii?

Poczucie bliskości i dotyk jest bardzo ważny, szczególnie teraz. Czasem kumulacja napięć sprawia, że nie jesteśmy w stanie rozluźnić się samodzielnie i tylko pomoc z zewnątrz może przynieść ulgę. Sama wymiana energii, obecność mogą zdziałać cuda. Tu nie ma żadnej magii, ale zdarza się, że po masażu ludzie lepiej śpią, czują się lżejsi, ukołysani. Wpływamy na układ nerwowy, który przełączamy w tryb regeneracji. To trochę taki prowadzony relaks, zdecydowana większość osób przychodzi po ukojenie i zaopiekowanie.

 Zdarza się, że ktoś płacze?

Czasem, kiedy puszcza napięcie. Gdy ludzie trzymają coś w środku i nagle to niespodziewanie odpuszcza, to pojawia się ulga, bywa że połączona ze wzruszeniem.

 

Mam wrażenie, że tak dużo dajesz innym z siebie. A kiedy bierzesz?

To zawsze jest wymiana, daję - ale jednocześnie biorę. Staram się to zawsze równoważyć i pilnuję, żeby się nie wyeksploatować. Co jakiś czas muszę zadbać o swoją regenerację, umawiam się na masaże u znajomych, sama też chodzę na inne zajęcia, żeby się relaksować, ale i czerpać inspirację. Trzeba być bardzo uważnym, bo jeśli twoje źródełko się wyczerpie, nie masz innym już nic do dania.

 

Kiedy zapala Ci się czerwone światełko??

Ograniczam aktywności do minimum, kontakty, bodźce z zewnątrz, dostęp do telefonu. Spędzam czas w domu, z kotami, z bliskimi i książkami.

 

Gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla kyudo?

Japońskie łucznictwo poznałam dzięki swojemu partnerowi, teraz już mężowi. Nigdy wcześniej o kyudo nie słyszałam i nie byłam tym szczególnie zainteresowana. Nie fascynowało mnie strzelanie z łuku, ale spodobał mi się sam trening, podniosła atmosfera i cisza, która tam panowała. Wciągnął mnie rytuał powtarzanych, pełnych gracji ruchów i spokój, który temu towarzyszy. Wszyscy razem uczymy się synchronicznego chodzenia, ukłonów, oddechu. Gdy zaczęłam się przyglądać temu, co jest esencją kyudo, odkryłam, jak wiele elementów jest zbliżonych do jogi - w ruchach i w głębi, która stoi za tą dyscypliną.

Konsekwentnie podążasz za aktywnością, która przynosi zmianę...?

Na początku nawet broniłam się, że nie chcę wchodzić na kolejną „ścieżki rozwoju”, ale jednak znajduję tu dla siebie wiele inspiracji, które potem przenoszę do jogi, nawet jeśli chodzi o prowadzenie zajęć. Podoba mi się, że tak duży nacisk kładzie się na współpracę z drugim człowiekiem, wymianę doświadczeń. Kyudo uczy, że zawsze działamy jako drużyna, razem stanowimy jedność. To przenosi się też do życia, wiemy, że pojedyncza jednostka sama nie da sobie rady i to jest coś, co powinniśmy wszyscy zrozumieć. Trzeba wyjść poza swoje ja, mieć świadomość obecności drugiego człowieka i być na niego uważnym. Razem możemy więcej i warto na to pracować.

 

Sposób Emilii na relaks:

Mój sposób jest nieskomplikowany – szukaj takiej aktywności, takiego sposobu, który będzie działał dla Ciebie. Mnie zawsze relaksuje i pozwala nabrać dystansu do siebie kontakt z naturą, obserwacja zmienności, cykliczności przyrody, jej ciągłego przemijania i odradzania się na nowo. Poza tym, najlepiej funkcjonuję, kiedy jestem wyspana. Zdrowy sen i odżywcze jedzenie to podstawa kiedy czuję, że potrzebny mi odpoczynek.

 

 

 

Share

Menu